Wybierz region

Wybierz miasto

    Osiedle Wyzwolenia zastąpiło sielskie Kleingartenanlage

    Autor: Romana Gozdek

    2004-08-27, Aktualizacja: 2004-12-18 13:01 źródło: Dziennik Zachodni

    Powstało na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Nazwano je wtedy Kleingartenanlage, czyli osiedlem małych ogródków. Po wojnie zmieniło nazwę i do dziś znane jest jako os. Wyzwolenia.

    Powstało na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Nazwano je wtedy Kleingartenanlage, czyli osiedlem małych ogródków. Po wojnie zmieniło nazwę i do dziś znane jest jako os. Wyzwolenia. Żyło się tu niegdyś sielsko, teraz mieszkańcy narzekają na szereg bolączek.

    Leży przy ulicy Roosevelta, wtedy Kampfbahnallee, na północ od jej biegu, w miejscu gdzie kończy się Zabrze i zaczynają Gliwice. Tereny te należały kiedyś do kościoła, potem do kolei i właśnie ta ostatnia instytucja postanowiła wykorzystać je pod budownictwo mieszkaniowe.

    - Dziadek kupił tu niewielki domek i podarował go po ślubie mojej mamie, żeby mogła wychować dzieci - wspomina jeden z mieszkańców, żyjący tu od urodzenia, czyli 1941 roku, do lat 70. - Dziadek był górnikiem, ojciec pracował na kolei, mama zajmowała się domem.

    Pod lasem

    Mieszkali przy Erntedankweg (można to przetłumaczyć jako "droga podziękowania za plony") numer 224, czyli dzisiejszej Dożynkowej 84. Mieli córkę i syna.

    - Dom składał się z dwóch pokoi, dużej kuchni, przedpokoju. Z tyłu mieściły się zabudowania gospodarcze na węgiel, ziemniaki, przetwory i zapasy na zimę - wspomina zabrzanin. - Ubikacja była na dworze. Mieliśmy też chlewiki na kury, króliki i kaczki. Po wojnie była koza, która dawała nam mleko. Później były ule i gołębie na strychu.

    Domek był murowany, miał tzw. pruski mur. Z zewnątrz obito go deskami, pięknie pomalowanymi farbą olejną, bo takie były wymagania.

    - W tym stylu utrzymana była cała zabudowa - ciągnie. - Domki różniły się wielkością, nasz należał do mniejszych. Sąsiedzi obok mieli większy. Gdy w czasie wojny nastąpiły naloty, chowaliśmy się w ich piwnicy.

    Każdy miał ogródek. Osiedle wyglądało bajkowo. Było bardzo zielone, pełne kwiatów. Aż do Guido ciągnął się las, w którym dzieci urządzały sobie zabawy. Kiedy wybuchła wojna, mężczyźni poszli do wojska. W osiedlu zostały tylko kobiety z dziećmi. - Dziadka nie wzięli do armii. Dużo mi opowiadał. Mówił, że dawał pieniądze na kościół Józefa, który budowano w latach 1930-31. My byliśmy katolikami, ale część sąsiadów stanowili ewangelicy.

    Zmienia się wszystko

    Po wojnie większa część sąsiadów wyjechała na Zachód. - Rodzice nie chcieli emigrować, szczególnie mama ? wspomina. Wszystko się zmieniało. Siostrze imię Cristine spolszczono na Krystyna. Na osiedlu nazwy niemieckich ulic zastąpiły polskie. Obecna Czogały niegdyś nazywała się Am Waldesrand (czyli "na brzegu lasu"), Wiarusów - Sonnenwende ("ściana słońca").

    Wprowadzali się też nowi sąsiedzi, a po 1950 r. przyjechali repatrianci ze Wschodu i z Francji. W następnych latach każdy, kogo było na to stać, modernizował swój dom. Odrywano deski i nakładano tynki. Prawie wszyscy powiększali swe domostwa, dobudowywali dodatkowe pokoje. Przez takie samowolne dobudówki osiedle stało się brzydkie. Coraz większym problemem stawała się kanalizacja. Przed wojną wszyscy mieli obowiązek czyścić rowy melioracyjne, teraz każdy robił to (lub nie) na własną rękę. Na dodatek przy budowie wiaduktu zmieniono bieg tutejszego potoczku - został on skierowany w stronę ogródków. W domach pojawiła się wilgoć, którą trudno było opanować. Rodzina z ul. Dożynkowej 84 sprzedała swój dom w 1974 r. Przeprowadziła się do bloków, doceniając ich komfort.

    Uciążliwości dnia codziennego

    Leszek Girtler mieszka w innym domu przy Dożynkowej. Kupił go w latach 80.

    - Plusem tego osiedla jest położenie - mówi. - To tylko kilka minut samochodem od centrum miasta, a mieszka się tu jak na wsi. Mam ogród, rozbudowałem dom, w części prowadzę prywatną szkołę językową. Największy mankament to brak kanalizacji i wieczna wilgoć. W piwnicach zbiera się woda. Jeżeli ktoś nie ma pompy w piwnicy, jego dom szybko się zagrzybi i obrośnie pleśnią. U mnie pompa pracuje co drugi dzień, gdybym jej nie włączył, byłaby tragedia. Od lat zabiegałem o pobudowanie na osiedlu kanalizacji, ale spełzło to na niczym. Nawet teraz, gdy całe miasto będzie kanalizowane za unijne pieniądze, nas pominięto w tej inwestycji.

    Grunty, właśnie ze względu na te uciążliwości, są tu stosunkowo tanie. W osiedlu rażą kontrasty - obok eleganckich willi tkwią zaniedbane, podupadające domki. W większości posiadłości pod zabudowę wykorzystano niemal każdy centymetr, ogródki ograniczając do minimum. Domy stoją tak blisko siebie, że na wielu posesjach sąsiedzi mogą sobie podać ręce przez okna. W zabudowie brak jakiejkolwiek koncepcji architektonicznej: to jak w powiedzeniu "każdy sobie rzepkę skrobie". Różne style, kolory, dachy, ogrodzenia...

    Drogi są tu wiecznie dziurawe, pełne kałuż i wyrw. Tak wąskie, że nie przejadą dwa samochody - gdy ktoś nadjeżdża z naprzeciwka, trzeba przystanąć na najbliższym mini-skrzyżowaniu i go przepuścić. Nie wszyscy mieszkańcy pobudowali szamba, część zaś jest nieszczelna, więc często nad osiedlem unosi się nieprzyjemny smrodek. Jednak o tych uciążliwościach się zapomina, gdy człowiek przyjeżdża tu z centrum i ma spokój i ciszę, a nieopodal las, ogród botaniczny i tereny sportowe - mówią mieszkańcy.



    Sonda

    Czy uważasz, że właściciele i administratorzy budynków, ktorzy nie odśnieżaja chodników wzdłuż swoich posesji powinni płacić wysokie kary?

    • Zdecydowanie tak (69%)
    • Nie, chodniki to nie ich problem (23%)
    • Nie mam na ten temat zdania (7%)