Karolina Korwin-Piotrowska

(© Materiały prasowe)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Z Karoliną Korwin-Piotrowską, dziennikarką i felietonistką, rozmawiamy o celebrytach, serialach i wolności.

Karolina Korwin-Piotrowska to dziennikarka, którą możemy oglądać ją w programie TVN Style pt. "Magiel towarzyski". Sama o sobie pisze, że ma ego większe niż Pałac Kultury i Wawel. Powstaje jednak pytanie, czy mówi o etykietce, którą ktoś jej kiedyś doczepił czy może rzeczywiście taka jest?

W listopadzie Korwin-Piotrowska promowała swoją książkę "Ćwiartka raz". Ta pozycja przybliży nam ostatnie 25 lat popkultury w Polsce. Dziennikarka ma w planach wydanie kolejnej książki. Tym razem będzie o filmach.

Zapraszamy do przeczytania rozmowy z podobno najbardziej nielubianą dziennikarką w polskim showbiznesie.


Zacznijmy od wyborów, bo od tego zaczyna Pani swoją książkę, a tak się składa, że rozmawiamy w dniu wyborów samorządowych. Zdążyła Pani zagłosoować?

- Zawsze od 1989 roku głosuję regularnie, bo czuję siłę tego głosu. Tym razem poszłam z psem, przywiązałam go przed lokalem wyborczym i zagłosowałam. Zawsze głosuję.

Szła Pani na wybory z poczuciem satysfakcji czy rozgoryczenia?

- To jest mój głos. Trzeba zawsze patrzeć na swoje podwórko. Cieszę się, że mam życie, o którym nie mogli marzyć moi rodzice. Staram się szukać pozytywnych stron. Mamy wolny kraj, nikt nie manipuluje naszymi głosami w wyborach. Na tym właśnie polega demokracja. Churchill mawiał, że jest to najgorszy ustrój na świecie, ale lepszego nie wymyślono. Oddanie głosu w wyborach to nasze prawo, ale i obowiązek. Jest wielu ludzi na świecie, którzy tego przywileju nie mają. Cieszmy się, że u nas tak nie jest.

Pytam, bo wszędzie mogliśmy oglądać spoglądające z plakatów wyborczych twarze kandydatów. Każdy chciał coś ugrać dla siebie, niewiele właściwie od siebie dając. Prawie jak w pierwszej części "Shreka", kiedy jeden z bohaterów woła: "Trójkę, trójkę wybierz panie".

- To jest demokracja. O to właśnie walczyliśmy w 1989 roku. Piękna rzecz, a jednocześnie wymagająca. Wydaje mi się, że musimy się teraz nauczyć korzystać z tej wolności. Szczególnie moje pokolenie, które ma na sobie garb komunizmu i spogląda na to wszystko z powątpiewaniem, doszukując się intryg i spisków. Myślę, że pokolenia młodzieży, urodzone w wolnej Polsce, wchodzą w to jak w masło. Dla nich nie ma innej rzeczywistości.

Nie do końca mogę się z zgodzić. Dla wielu młodych ludzi prawdziwą wolnością jest emigracja. Chociaż za granicą - jak śpiewa Czesław Mozil - stajemy się białymi murzynami, to dzięki temu w kraju stać nas na zakup ubrań od Tommy'ego Hilfigera czy kupno nowego auta. Pozostanie w Polsce oznacza nieustanne "życie na kredycie". Z takiej wolności Pani zdaniem ci młodzi ludzie mają się cieszyć?

- To już jest kwestia wyboru. Ale to też jest wolność. To jest wolność wyboru. Gdy ja kończyłam osiemnaście lat, nie mogłam nawet śnić o tym, że będę miała w szufladzie paszport. Nie mogłam marzyć o tym, że będę mogła w każdej chwili wyjechać.

Oczywiście zgadzam się, że ci, którzy zostają w Polsce, mają "życie w kredycie". Inni decydują się wyemigrować. Myślę, że problemem jest to, że ci młodzi ludzie nie mają swoich reprezentantów w życiu publicznym. Rozmawiamy w dniu wyborów samorządowych. Przyglądam się teraz ruchom miejskim, które są obsadzone młodymi ludźmi. Zwykle są to trzydziestolatkowie. Oni muszą wykształcić swoich liderów. Myślę, że tacy ludzie powoli się pojawiają, ale to jeszcze potrwa. Nie tydzień, nie miesiąc, nie pięć lat, lecz wiele lat. Głęboko wierzę w to, że przyjdą młode pokolenia, które nie będą miały w plecaku bagażu komunizmu.

A jeśli ktoś chce wyjechać, pracować poniżej swoich kompetencji, ale zarobić na mercedesa czy jaguara, to ma ten wybór. Niech się cieszy z tego, byleby innych nie krzywdził.

W swojej książce pisze Pani, że jest Pani szczęśliwa i cieszy się z wolności. M. in. dlatego, że może Pani bez obaw napisać słowo "dupa" i nikt Pani tego z książki nie wykreśli. Mam jednak wrażenie, że o ile literatura ma prawo cieszyć się wolnością, to media już niekoniecznie. W większości poważnych mediów wulgaryzmy są zastępowane gwiazdkami, a np. radio nie prezentuje wielu hiphopowych kawałków, bo są w nich przekleństwa.

- W wielu przypadkach to ograniczenie wolności jest związane z prawem. Jeśli chodzi o wulgaryzmy, często używam ich w życiu prywatnym, w życiu publicznym staram się - poza słowem "dupa" - specjalnie ich nie stosować. Uważam, że i tak jesteśmy dostatecznie "schamiali", po co to jeszcze pogłębiać? Nie jestem za trendem, mówiącym o tym, że wulgaryzmy powinny wchodzić do przestrzeni publicznej. Są pewne standardy, a te mówią m. in. o tym, że się nie "fuckuje". Wyjątkiem są niszowe media, skupiające się wokół hip hopu, tam używanie wulgaryzmów jest w dobrym tonie.

W swojej książce pisze Pani także o serialach, takich jak "Klan" czy "M jak miłość", które przez lata kształtowały Polaków. Niektórzy się do tego wpływu nie przyznają. Wstydzimy się swojskości?

- Myślę, że musimy nauczyć się akceptować naszą popkulturę. Ona jest, jaka jest. Może nie najwyższych lotów, ale wydaje mi się, że i tak jest lepiej niż w latach 80. Nasz problem polega na tym, że wciąż mamy lekki zoom na tandetę i taniość. Przecież Polacy byli drudzy po Amerykanach pod względem liczby ściągnięć z internetu drugiej serii "House of Cards" (popularny amerykański serial z z Kevinem Spacey'em w roli głównej - przyp. red.). Oczywiście, my robiliśmy to nielegalnie. Odnotowano mnóstwo ściągnięć! To są ludzie, którzy myślą i to oni przeciwstawiają się chłamowi, który serwuje nam polska telewizja.

W naszej redakcji rozmawiamy o tym, co wydarzyło się w "House of Cards", "Walking Dead" czy "Grze o tron"...

- Oczywiście, tęsknimy do tego, żeby nasze polskie produkcje były lepsze, ale jeśli trafi się jakaś głupotka z "Klanu" czy "M jak miłość", to też o tym rozmawiamy. Albo weźmy inny przykład. "Wataha" emitowana w HBO. Fakt, pierwszy odcinek był dramatyczny, ale potem ten serial naprawdę zaczął żyć. Szczerze mówiąc, jestem bardzo ciekawa kolejnych polskich produkcji HBO, które podobno mają się pojawić. Okazuje się, że można w Polsce zrobić serial, w którym nie wszystko jest oczywiste.

A kinematografia?

- Film "Jeziorak" - okazuje się, że można zrobić dobry, świetnie zagrany kryminał. Jest to film z dobrym scenariuszem, produkcja z gatunku tych, przy których siadam, oglądam i nie mam pytań. Inny przykład - film "Bogowie". Po obejrzeniu pomyślałam sobie, że wreszcie mamy doskonałą, zrobioną po amerykańsku, biografię filmową. Ludzie wychodzili z kina ze łzami w oczach.

Często narzekamy, bo chcielibyśmy wszystko mieć od razu, a to się tak nie da. Czeka nas jeszcze długa droga do sukcesu.

Następna Pani książka będzie dotyczyła właśnie filmów.

- Nie chcę za dużo opowiadać o tym projekcie, bo uważam, że chwalenie dnia przed zachodem słońca jest idiotyczne. Do pracy nad nią siadam 1 grudnia, książka ma się ukazać jesienią przyszłego roku. Wiem, że mam przed sobą sporo pracy koncepcyjnej i dużo oglądania.

Sprawia Pani wrażenie twardzielki. Dziennikarze mają to do siebie, że przyzwyczajają się do tzw. hejtingu, ubierają na siebie coraz grubszy pancerz, ale my też jesteśmy ludźmi, których można zranić.

- Fakt, każdego dziennikarza w jakiś sposób to dotyka, ale moim zdaniem o tym nie mówi się publicznie. Trzeba mieć na to "wywalone". Nie można się tym przejmować. Powinniśmy sobie stworzyć jakiś ochronny filtr przed światem, swego rodzaju kuloodporną szybę. Na początku jest ciężko, ale z biegiem lat przyzwyczajamy się do tego, naprawdę. Ja się teraz ze wszystkiego śmieję. Podstawowa zasada amerykańskiego showbiznesu mówi tak: "Jeżeli mówią o tobie straszne rzeczy, wybieraj - obśmiej lub zignoruj. Nie negocjuj, nie dyskutuj, nie publikuj oświadczeń". I tego się nauczyłam. Zwykle ignoruję, bo nie chcę napędzać medialnej histerii, rzadziej obśmiewam.

Potrafi Pani patrzeć przez szybę na świat showbiznesu. Nie fotografuje się Pani na ściankach, nie bierze Pani udziału w imprezach showbiznesowych. Jak udało się Pani zachować dystans do tego wszystkiego?

- Stworzyłam sobie idealną sytuację. Cieszę się, że trafiam celnie i tak strasznie wkurzam, bo wkurzam czasami strasznie. Ale nie muszę z nimi siedzieć, wciągać kokainy i miziać się na showbiznesowych imprezach. Ja i tak swoje wiem. Albo mi ludzie doniosą. Znam te mechanizmy. Chodziłam kiedyś na takie imprezy, ale już swoje wychodziłam. Na szczęście działo się to w czasach, kiedy o showbiznesowych imprezach nie mówiło się tak pejoratywnie jak dzisiaj. Nie było też hasła "ścianka". Mechanizmy showbiznesu się nie zmieniły, trochę się wyostrzyły, tylko tyle.

Wyostrzyło się wszystko także po drugiej stronie lustra. Mam tu na myśli ludzi, którzy wzorują się na celebrytach w znacznie większym stopniu niż kiedyś. Kobiety muszą wyglądać jak Anna Lewandowska i nosić się jak Kasia Tusk. Dążą do wzorców, których i tak nie osiągają. To trochę smutne.

- Trafia do nas fala, która na świecie jest powszechnie znana. To celebryci dyktują trendy, celebryci dyktują wzorce zachowań. To też jest kwestia wyboru. Albo zaczniemy się poddawać jak małpki i będziemy ćwiczyć, jeść zieleninę i robić śniadania za 20 złotych według przepisu z najnowszej książki Anny Lewandowskiej. Na Kasię Tusk jeszcze można przymknąć oko, ona i tak ma głównie ciuchy sieciówkowe. Ale to też jest jakiś wzorzec, do którego niektórzy biegną, a który jest dla nich nieosiągalny. Marzenia są piękne. Zastanówmy się tylko, jak je spełniamy. Moim zdaniem zawsze powinniśmy zadać sobie pytanie: czy czuję się w tym naprawdę dobrze? Czy naprawdę tego chcę? Bo jeżeli faktycznie ktoś chce wyglądać jak Anna Lewandowska, to proszę bardzo. Ale jeżeli ktoś nagina się do jakiegoś wzorca, bo inne koleżanki tak robią albo dlatego, że tak jest modnie, to pewnego dnia obudzi się z ręką w nocniku.

Ale przecież tak wygląda machina społeczeństwa. To środowisko narzuca nam wzorce, a te wzorce pochodzą właśnie od takich "idoli".

- Oczywiście, że tak! Dlatego trzeba zachować zdrowy rozsądek. Nie każdy z nas jest mądry i ma dar wyobraźni. Jest bardzo wielu ludzi (nawet nie wiem, czy to nie większość), którzy nie mają wyobraźni albo nie potrafią jej używać. Poddają się owczemu pędowi, bo w tym tygodniu modna jest Lewandowska, w następnym Chodakowska. Ja żyję według własnego scenariusza, nie będę żyć według czyjegoś. Chociaż czasem widzę po sobie, że to wcale nie jest takie proste. Nie dziwię się więc, że niektórzy wolą układać swój świat według scenariuszy napisanych w celebryckich poradnikach. To też jest ich wybór, nie potępiam tego. Powstaje tylko pytanie, co będzie za parę lat. Czy to im wyjdzie na dobre? A może jednak odbije im się czkawką?


Rozmawiała Kinga Czernichowska

Czytaj także

    Komentarze (1)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Tomek (gość)

    "Gwiazdy" na dywaniku prezentują się i fotografują jak konie na wybiegu. Nie wiadomo czy śmiać się czy wkurzać.