Karierę zaczynał jako DJ w alternatywnej wytwórni płytowej Ninja Tune. Dziś gra i śpiewa akustyczny folk podszyty bluesem. Przed warszawskim koncertem Fin Greenall, lepiej znany jako Fink, opowiedział nam, jak oszukał swoją wytwórnię, dlaczego koncert w Krakowie był najdziwniejszy w jego karierze, czemu napisał blues o deskorolce i za co nienawidzi The Beatles.

Marcin Śpiewakowski: Jak z perspektywy czasu oceniasz swoją karierę DJ-a?
Fin Greenall: Bycie DJ-em to świetna zabawa, za którą dostajesz pieniądze. W gotówce. Kiedy masz dwadzieścia parę lat i pracujesz jako profesjonalny DJ, to trudno wyobrazić sobie lepsze życie. Ale w pewnej chwili dochodzisz do punktu, w którym zaczynasz myśleć o przyszłości. A 15 lat temu nie było Davida Guetty czy Skrillexa, nikt nie zarabiał na tym milionów. Po prostu byłeś DJ-em i tyle.

W pewnym wieku robisz się na to za stary?
Tak. Poczułem to w wieku trzydziestu jeden lat, kiedy grałem w klubie Fabric w Londynie i myślałem „jestem za stary, żeby tu być”. A bycie DJ-em, jeśli nie sprawia ci to przyjemności, to straszna praca. Wszyscy naokoło świetnie się bawią, impreza, narkotyki, mnóstwo dziewczyn, pieniądze, a ty patrzysz na to i myślisz „Boże, co ja tu robię?”. Któregoś dnia grałem z kilkoma młodymi DJ-ami, ja ciągle korzystałem z winyli, a ich kręciła technologia, wiesz, CD, USB, takie rzeczy. Wtedy powiedziałem sobie „Kończę z tym”. Wymyślenie tego, co będę robił później, zajęło mi 6 lat.



Podobno kiedy zacząłeś komponować i śpiewać autorski materiał, użyłeś podstępu wobec swojej wytwórni, Ninja Tune. Co dokładnie zrobiłeś i dlaczego?
Ninja Tune w pewnym momencie powiedziało wszystkim swoim muzykom „jeśli nie zaczniecie grać na żywo, to koniec naszej współpracy”. To były trudne czasy dla promocji naszej muzyki, plakaty nie działały, wchodziło iTunes, wszyscy bali się o przyszłość. Jedyną rzeczą, która się sprawdzała, były koncerty. Bonobo grał już wtedy na żywo, tak samo Cinematic Orchestra, i radzili sobie świetnie. Dlatego usłyszeliśmy od wytwórni „teraz wasza kolej”. Wielu z nas nie wiedziało, jak się za to zabrać. Zacząłem grać z kilkoma wokalistami i wokalistkami, próbowaliśmy robić coś w stylu grupy Röyksopp. Nagrałem też trochę partii wokalnych samemu, żeby pokazać wokalistom, czego szukam. Ktoś powiedział mi wtedy: „Głos tego gościa jest świetny, powinieneś pozwolić mu zaśpiewać na płycie”. Nie powiedziałem nikomu, że to był mój głos. Nikt mnie nie rozpoznał. Zrozumiałem, że kiedy śpiewam, brzmię zupełnie inaczej.

Przecież brzmisz tak samo!
Wiesz, teraz łatwo tak mówić. (śmiech) Wtedy próbowałem jeszcze różnych technik, nie wiedziałem, czy śpiewam R’n’B, folk czy jeszcze coś innego. Nagrałem mnóstwo koszmarnych kawałków, żeby się tego dowiedzieć. W końcu uznałem, że nie powiem wytwórni, że to mój głos. Znaliśmy się od dawna, a ja chciałem, żeby powiedzieli mi wprost, jeśli to się do niczego nie nadaje.

Kiedy się przyznałeś?
Kiedy planowaliśmy trasę koncertową, na samym końcu całego procesu. Powiedziałem im wcześniej, że to ja gram na gitarze, ale oni chcieli poznać resztę zespołu. Wtedy powiedziałem „No cóż, to ja”.

Zobacz zdjęcia z listopadowego koncertu: Fink wystąpił w stołecznej Stodole [GALERIA]



Jak zareagowali?
Byli zachwyceni, bo nie musieli nikomu płacić. (śmiech) Żadnych zaliczek, kontraktów, bo przecież już mieli ze mną podpisaną umowę. A to były czasy, kiedy każdy chciał mieć śpiewającego gitarzystę komponującego akustyczne kawałki. Wszyscy więksi gracze podpisywali kontrakty z każdym, kto umiał zagrać w miarę czysto dwa akordy i miał mniej niż 30 lat. Jose Gonzalez otworzył nam wszystkim drzwi płytą „Veneer” - tą, na której było "Heartbeats".

Rzeczywiście, teraz jest mnóstwo takiej muzyki.
Wtedy ta scena dopiero zaczynała istnieć. Jose Gonzalez nagrywał dla Peacefrog, niezależnej wytwórni zajmującej się głównie muzyką taneczną. I kiedy sprzedał jakieś półtora miliona egzemplarzy „Veneer”, wszystkie niezależne wytwórnie też zaczęły szukać kogoś takiego. Tyle tylko, że dla Ninja Tune marka i reputacja są bardzo ważne. Nie chcieli, żeby ktoś pomyślał, że ulegają modzie. Kiedy modny był Skrillex, podpisali kontrakty z kilkoma artystami, którzy brzmieli jak on i bardzo szybko tego pożałowali. Bo moda przemija błyskawicznie, a ty zostajesz z wyrzutem sumienia. Dlatego ludzie w Ninja Tune byli bardzo zadowoleni, bo nikt nie mógł powiedzieć, że się sprzedali – przecież byłem już od dawna ich muzykiem. Na tym polegał cały trick.

Czytaj także

    Komentarze (2)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!