Z Sonią Bohosiewicz rozmawialiśmy o filmie "Obywatel", podróżach w czasie i zabawach z dzieciństwa.

Na kinowych ekranach pojawił się film Jerzego Stuhra "Obywatel", w którym Sonia Bohosiewicz wciela się w żonę głównego bohatera, Renatę. Aktorka przechodzi w nim prawdziwą przemianę od pięknej 20-latki, po ryczącą 60-tkę.

Sonia Bohosiewicz skończyła PWST w Krakowie. Była związana z Teatrem Starym i Teatrem Słowackiego w Krakowie. Zadebiutowała w "Spisie cudzołożnic" Jerzego Stuhra. Związana jest także z grupą Rafała Kmity. Widzom znana jest z głośnej roli w "Wojnie polsko-ruskiej" i seriali takich jak "Usta usta" czy "Aida".


Dzwoni telefon. Odbiera Pani i słyszy propozycję roli Renaty Zgółki w filmie „Obywatel” Jerzego Stuhra. Jak Pani reaguje?

- Piszczę z zachwytu. Tym bardziej, że Jerzy Stuhr po prostu zadzwonił i powiedział, że wysyła mi scenariusz. Wszyscy myśleliśmy już, że ten film nie powstanie, na realizację czekał ładnych parę lat. Jednak się udało. Jestem z tego bardzo zadowolona.

Spotykamy się przy okazji Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu. Jest Pani w jury, będzie Pani oceniać m. in. kreacje Jerzego i Macieja Stuhra. Jak się Pani czuje w takiej roli?

- Mam ich oceniać? Nikt mi nie powiedział. Teraz to jestem stremowana. Wycofuje się! (śmiech)

Gdyby miała Pani zrecenzować film „Obywatel”, to co by Pani o nim powiedziała?


- „Obywatel” wbrew pozorom nie jest gorzką opowieścią, on mówi o Polsce z ogromnym ciepłem. To indywidualna wypowiedź Jerzego Stuhra, jego wyraziste stanowisko, kij wbity w mrowisko, w którym my wzięliśmy udział. To bardzo zabawny obraz, co powoduje, że te prawdy, które mogą wydawać się gorzkie, jesteśmy w stanie „zjeść” i to nawet ze smakiem.

Pani rola w filmie „Obywatel” zaczyna się, kiedy główny bohater - Jan Bratek przychodzi do psychologa. Z jakich „chorób”, przywar powinni leczyć się Polacy?

- Chciałabym wyleczyć Polaków z chamstwa za kierownicą. Nie wiem, co wstępuje w ludzi za kółkiem. Tego się nie da opisać. Poza tym to ja naprawdę lubię Polaków, szczególnie za ich ciepło, inteligencję i poczucie humoru.

W filmie „Obywatel” gra Pani młodą, zakochaną kobietę, a potem kilkadziesiąt lat starszą rozwódkę. Dobrze się Pani czuje w takich podróżach w czasie?

- Bardzo dobrze. Jerzy Stuhr zaproponował mi zagranie roli Renaty w całości. Mogłam się wcielić w piękną 20-latkę, dojrzałą 40-latkę i ryczącą 60-latkę. Charakteryzacja trwała pięć godzin, a zmiany na planie filmowym były fascynujące. Zagrałam postać z pewną tajemnicą. Kobietę, która się zmienia, mimo że nic na to nie wskazuje. To prawdziwa gratka dla aktora.

Skoro już rozmawiamy o wieku... Boi się Pani starości?

- Boję się chorób i niedołężności, ale starości nie.

Pani postać w filmie „Obywatel” to twarda babka. Prywatnie też Pani za taką uchodzi. Łatwo się Pani wzrusza?

- Np. wczoraj się wzruszyłam, kiedy obejrzałam w telewizji film „Królik po berlińsku” Bartosza Konopki. Tak naprawdę wzruszam się kilka razy dziennie.

Zadebiutowała Pani w „Spisie cudzołożnic”. Pani mama powiedziała, że skoro zaczyna Pani od prostytutki, to nie wiadomo, na czym Pani skończy…


- Mama oczywiście żartowała. Była przeszczęśliwa, że weszłam na plan i to jeszcze do Jerzego Stuhra. Potem wcieliłam się w postać zakonnicy u Márty Mészáros. Role szybko się zmieniają.

Często dostaje Pani niemoralne propozycje od fanów?

- Nie. Zazwyczaj piszą do mnie fani w wieku czternastu lat: „Cześć. Jestem Kamil. Jestem z Sosnowca. Najbardziej lubię Panią z roli Nataszy w filmie „Wojna polsko-ruska”. Pozdrawiam bardzo serdecznie, także od mamy. W kopercie dołączam zdjęcie. Czy mogłaby Pani je podpisać?”

Podpisuje Pani i odsyła?


- Zawsze. Nie jest tego dużo, to zaledwie jeden list na miesiąc.

Można Panią zobaczyć nie tylko na deskach teatru czy w kinie, ale także w polskich serialach. Jak Pani ocenia ten gatunek?

- Serial to dla mnie film w odcinkach. Odróżniam go od telenowel, ich unikam. Jak to mówił Krzysztof Globisz: „są dwa rodzaje prawdy: prawda i gówno prawda”. W telenowelach występuje ten drugi rodzaj prawdy. Jednak serial to moja praca, po prostu ją wykonuję. Lubię wiedzieć od początku do końca, dokąd zmierza moja postać. Dlatego zawsze czytam cały scenariusz, wtedy wiem, jak budować osobowość na ekranie.

Cofnijmy się w czasie. Zamiast Teleranka na ekranie telewizora pojawia się pan w ciemnych okularach. Pamięta Pani emocje, które Pani wtedy towarzyszyły?


- Rozczarowanie. W tamtych czasach w sobotę i niedzielę czekało się na Bajkową Sobótkę lub Teleranek. Było tylko kilka rzeczy, które rozjaśniały nasze dzieciństwo. Ja bardzo lubiłam wieczorynki. Zawsze przed nimi się kąpałam, ale kiedy tylko słyszałam czołówkę z dobranocki, wyskakiwałam jak oparzona z kąpieli, żeby nie opuścić tej piętnastominutowej bajki.

Podobno w dzieciństwie była Pani świetnym kaowcem. Kiedy przychodził czas na zabawę w dom, wybierała Pani role męskie. Dlaczego?

- Wszystkie moje koleżanki chciały być dziewczynami albo księżniczkami. Nie było innego wyjścia, jak chciałam się bawić, to musiałam wcielić się w role męskie. Nie przeszkadzało mi to, nie miałam poczucia, że są one gorsze. Wszystko jest kwestią wyobraźni. Na studiach też wcielałam się w różne role, np. starszych ciotek albo mężczyzn. Podoba mi się granie osób starszych, płci przeciwnej, psów, drzew. Wszystkiego innego, czym nie jestem.

Na osiedlowym podwórku były też zabawy w film, podobno zawsze wybierała Pani role reżysera. Doczekamy się kiedyś filmu w reżyserii Soni Bohosiewicz?


- W życiu nie powiedziałabym, że tak, bo nikt by mnie już nie zatrudnił. Jak już coś wyreżyseruję, to „wyskoczę z kapelusza” tak, że nikt się nie zorientuje, że to ja!

Rozmawiała Agnieszka Gałczyńska





Czytaj także

    Komentarze (1)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!