Piotr Hojka: Najtragiczniejsze historie działy się w Wodzisławiu Śl. Zginęło 50 osób

Arkadiusz Biernat
Najtragiczniejsze historie działy się w Wodzisławiu Śl. Zginęło 50 osób - mówi Piotr Hojka
Najtragiczniejsze historie działy się w Wodzisławiu Śl. Zginęło 50 osób - mówi Piotr Hojka Gazeta Wodzisławska
Piotr Hojka, pracownik Muzeum i jeden z autorów książki „Kierunek Loslau - Marsz ewakuacyjny więźniów oświęcimskich w styczniu 1945 roku” opowiada o tragedii, która rozgrywała się na terenie naszego regionu.

Piotr Hojka: Najtragiczniejsze historie działy się w Wodzisławiu Śl. Zginęło 50 osób


„Kierunek Loslau - Marsz ewakuacyjny więźniów oświęcimskich w styczniu 1945 roku” to najnowsza książka dotycząca tragicznych marszów śmierci, które docierały do Wodzisławia Śl. Co wyróżnia ją spośród innych pozycji?

Dotąd żadna z publikacji nie wchodziła w szczegóły dotyczące reakcji ludności miast przez które przechodziły tzw. marsze śmierci. Był chociażby przewodnik, który jednak opisywał głównie miejsca i ofiary tragedii. Przekazywał tylko fakty. Książkę napisaliśmy wspólnie, bo ta historia nadal nie wszystkim jest znana, czasem trochę zapomniana. A te tragiczne wydarzenia i ludzie powinni być upamiętnieni.

Co zatem znajdziemy w książce?

To szereg naukowych artykułów napisanych przez wielu autorów m.in. z Żor, Jastrzębia-Zdroju, czy Muzeum Auschwitz. Książka zaczyna się niecodziennym artykułem, który opisuje warunki w jakich przebywali więźniowie w obozie. Niedożywienie, baraki bez ogrzewania, zabłocone drogi, rynsztoki na terenie obozu. To wszystko odbijało się na kondycji fizycznej więźniów.

Czytając książkę dowiemy się, że ewakuacja obozu nie była przypadkiem. To była akcja zaplanowana i przewidziana, podobnie jak w przypadku ewakuacji miast i ludności niemieckiej z rejonu walk. Są szczegółowe opisy marszu z Żor i Jastrzębia. Są przykłady pomocy mieszkańców, a także ucieczek więźniów. Opisany jest też marsz, który docierał do Gliwic. Jest także relacja z marszu jednego z uczestników.

Autorzy kładli nacisk w książce na reakcje mieszkańców przez których miejscowoście szły kolumny więźniów. Jakie one były?

Bardzo różne. Od współczucia i żalu, które pchały do bohaterskiej pomocy, przez paraliżujący szok, do skrajnych i nielicznych przypadków poniżania.

Wiemy, że znaczna część mieszkańców Wodzisławia Śl. i okolic bardzo pomagała...

Pomagały rodziny z Radlina II i wodzisławscy kolejarze. Był taki przypadek, że kobiety idące w kolumnie szukając ucieczki i schronienia schowały się w szafkach pracowniczych dawnej parowozowni. Wodzisławscy kolejarze nie wydali kobiet, dalej je ukrywali, a później przewieźli je parowozem do wysokości obecnej stacji Radlin II. Stamtąd zaprowadzono je do innych domów, gdzie były ukrywane.

Mieszkańcy pomagali na całej trasie marszu. Zazwyczaj jedzenie, czy napoje podawały kobiety lub dzieci. W ten sposób liczono na przychylność konwojentów. Pomagający mężczyźni nie mogli liczyć na taką pobłażliwość. Jeżeli esesmanom nie podobała się pomoc, to zazwyczaj przepędzali mieszkańców głośnym „raus”. Ale była też taka historia, że dwójka osób, która pomagała więźniom musiała z nim pójść dalej w drogę, bo tak chciał esesman.

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNEJ STRONIE

Z książki dowiemy się też, że czasem można było liczyć nawet na pomoc osób w niemieckich mundurach.

Jest przykład strażniczki w mundurze niemieckim, górnoślązaczki, która kierowała ruchem. Pomogła więźniarkom, którym było już wszystko jedno. Podeszły do niej zapytały się, gdzie mogą się schronić. Ku ich zdziwieniu, kobieta w niemieckim mundurze wskazała im drogę.

Okazuje się też, że esesmanów można było przekupić. Mieszkańcy płacili im, żeby przez chwilę porozmawiać z członkiem rodziny, który szedł w kolumnie. W ten sposób mogli przekazać mu też jedzenie czy koc. Był nawet przypadek, że esesmani proponowali wykupienie więźnia. We wspomnianym przypadku rodzina chciała tego, ale więzień się nie zgodził. Bał się, że pod koniec wojny mógłby zostać złapany przez innych esesmanów i rozstrzelany wraz z rodziną.

Co ciekawe, na trasie zdarzyła się nawet dezercja esesmana z więźniarkami. Niektórzy byli pogodzeni, że wojna jest przegrana, a inni tak reagowali, bo zwyczajnie mimo woli zostali wysłani do konwojowania marszów.

Jednak tzw. marsze śmierci to głównie tragiczne historie, często pełne brutalności.

Więźniowie umierali na całej trasie od Oświęcimia do Wodzisławia Śl. Pomników i grobów na tej trasie nie brakuje. Esesmani i konwojenci często byli bardzo brutalni. Jeżeli ktoś nie miał sił iść, był rozstrzeliwany. Jeżeli chodzi o nasz region, to najtragiczniejsze historie działy się w Wodzisławiu Śl. Na pewno życie tutaj straciło około 50 osób. Działo się to między innymi na dworcu kolejowym i w odlewni przy ulicy Michalskiego. To przykłady niezwykłej brutalności.

Jeżeli chodzi o zbrodnię na Michalskiego, to więźniowie leżeli chorzy, ranni, słabi, może pobici w odlewni. Nie byli w stanie wyjść z esesmanami. Dlatego Niemcy wezwali zarząd miejski żeby ich pochowano. Gdy przyjechał oddelegowany pracownik zobaczył, że ludzie wciąż żyją. Był w szoku, nie chciał pewnie nikogo chować żywcem. Ale esesmani kazali mu przyjechać po południu. Kiedy dotarł później do odlewni to wszyscy już nie żyli, zostali rozstrzelani.

Ile osób łącznie przeszło trasę z Oświęcimia do Wodzisławia?

Można przypuszczać, że było to około 25 tys. osób. Nie był to jeden marsz, a kilka. Kolumny szły dwa lub trzy dni. Za każdym razem liczba więźniów była różna. Ja dotarłem do informacji, że w jednym marszu szło 3 tys. osób. Łącznie takich kolumn mogło być może z 15. Więźniowie szli w śniegu i mrozie. Mieli na sobie głównie „pasiaki”, a na stopach drewniane chodaki. Ci co mieli szczęście mogli wziąć koc, czasem kawałek chleba i masła. Potem musieli liczyć tylko na miejscową ludność.

Gdzie można będzie znaleźć książkę?

Książkę w cenie 20 zł można nabyć w wodzisławskim Muzeum. Z pewnością wkrótce znajdzie się również w zbiorze naszej biblioteki, gdzie będzie ją można wypożyczyć.

Książka „Kierunek Loslau - Marsz ewakuacyjny więźniów oświęcimskich w styczniu 1945 roku” sfinansowana została ze środków wodzisławskiego magistratu i wydana pod redakcją pracowników Muzeum w Wodzisławiu Śl.: Sławomira Kulpy i Piotra Hojki. Ten ostatni jest autorem dwóch artykułów w publikacji.
W pracy zbiorowej można znaleźć 9 artykułów, których autorzy opisują najważniejsze fakty dotyczące marszu śmierci:
- Marsz śmierci czy marsz ewakuacyjny? Piotra Hojki;
- Zanim wyruszyli. Drogi i rynsztoki w byłym, niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau, pomoc czy przekleństwo? archeolog Małgorzaty Grupy;
- Ewakuacja prowincji górnośląskiej przez władze niemieckie w styczniu 1945 roku – plany i rzeczywistość dra Mirosława Węckiego;
- Marsz śmierci przez Żory w styczniu 1945 roku pracownika Muzeum w Żorach Jana Delowicza;
- Marsz Śmierci na terenie ziemi jastrzębskiej Marcina Boratyna z Galerii Historii Miasta w Jastrzębiu Zdroju;
- Ostatni etap ewakuacji obozu oświęcimskiego. Marsz śmierci na terenie Wodzisławia Śląskiego i w najbliższej okolicy wodzisławskiego historyka Piotra Hojki;
- Ucieczki więźniów KL Auschwitz w czasie "Marszu Śmierci". Pomoc mieszkańców Śląska dla uciekinierów dra Jacka Lachendry z Państwowego Muzeum Auschwitz Birkenau w Oświęcimiu;
- Gliwice na trasie Marszu Śmierci dra Bogusława Tracza z IPN Katowice oraz artykuł Jerzego Klistały z Bielska Białej pt. Marsz ewakuacyjny – „marsz śmierci” z KL Auschwitz do Wodzisławia Śl. - w odczuciu uczestnika tego marszu.

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie